31 maja 2009

ściany nośne

Znowu suchy może tragiczny albo pojednany ze sobą. W ciszy obserwuję przelot myśliwców nad przeciekającym dachem Katedry św. Wita. Okna migają od telewizorów. Przez to zmieniają się twarze. Czasami widzę blade, czasami czerwone. Wszyscy mają pióropusze. Dzwoni Teresa. Mówi, że Londyn, że Ben rzeczywiście jest Big. Rozmowę przerywa głośny szum. Jestem na przejściu granicznym, osiągam kolejny stan skupienia. Limuzyny mają na maskach krem słońca. Pies włóczykija unosi się razem z właścicielem. Ciągnie tego starego gawędziarza coraz wyżej. Po drugiej stronie dźwig wykonuje leniwy obrót w stronę żelaznego szkieletu. Jeszcze niedawno drozdy drapały tu często spragnioną ziemię. Teraz morusy próbują puszczać kaczki w kałuży. Podcięto im skrzydła na starcie - nie można chodzić po wodzie. Przez moment próbuję ich obudzić, w myślach zrzucam w przepaść mosiężny zegar.

2 komentarze:

  1. wchodzę, żeby nie było. chrzan. taki owoc. manioki? maniaki?

    OdpowiedzUsuń