Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w drodze na Tiricz Mir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w drodze na Tiricz Mir. Pokaż wszystkie posty

18 lipca 2024

*** (ta noc kończy się w środku nocy)

ta noc kończy się w środku nocy
ten dzień nie nastanie - bo i po co?

czarne łabędzie przepływają przez niebo
w ciszy zaskoczonych dusz
ostatnia myśl jest jak krakers
no chodź, rozkrusz to ze mną
znowu będzie
koniec wszystkiego, początek wszystkiego
niewłaściwe skreślić



________________

kwiecień 2024



30 marca 2009

masowe złudzenia




spowiedź wszystkich szaleństw

I
Najpierw jest zmysł. Później interpretacja umysłu.
Nie ma czystego odbioru. Wszystko jest masowym złudzeniem.
Kończąc podróż na Tiricz Mir, patrzyłem długo na własne dłonie.
Patrzyłem we wszystkie okna. Jednocześnie. Waliłem w drzwi.
Drzwi odbijały moje uderzenia. W przeciągu kilku chwil.
Myślałem o zapałkach i ogniu. Myślałem o zmysłach i odczytach.
Odczytywałem się. Bardzo długo trwało ładowanie.
Wejście na szczyt jest poza moim mniemaniem. Poza.

Poza pozą prozą.

Źle oceniłem możliwości i przybyło strat.
Straty są chrustem. Cienkie kawałki drewna,
listwy, wióry. Przybyło też statków na moim oceanie.
W moim oceanie. Przybyło tyle spokoju, co niepokoju.
Przybyło przybyć, przybyło wyjść.

II
Gloryfikacja naturalizmu, filozofii. Zacznie się
gdy zostaniesz skazany na naturalizm i filozofię.
Rozpoczniesz w sobie III wojnę światową.
Karabiny oszaleją. Kule będą gwizdać w izolatkach głów.
Aparat twojego wzroku i słuchu będzie wtedy czuły.
Ciepło będzie pomocne podczas chłodnych nocy.
Samo-ciepło będzie odruchem bezwarunkowym.
Gdy całokształt ogarnie mróz. Moje usta będą leżeć
na dłoniach, w które jestem wpatrzony.
Oni boją się moich dłoni, oni kochają moją dłoń.
Niezależność myślenia sprawi, że będziesz umorusany.
Niezależne umorusanie wyprowadzi cię na spacer
z nerwicą setek serc.

III
Jesteś na bagnach.
Gdy chcesz być wchłonięty, nie ma takiej możliwości.
Nie ma takiej możliwości. Gdy chcesz uciec - umierasz
pod ziemią. Musisz to zrobić. Pod ziemią budzisz się i
patrzysz na obcą, własną dłoń. Migotliwe światło oka
jest wtedy chochlikiem twojej wyobraźni. Śpisz w najlepsze,
choć receptory zawsze będą czujne.

Będą wyciągać do ciebie ręce, będą walić w drzwi z tobą,
tyle, że po drugiej stronie. Twoje usta zanurzone
w spokojnej prawdzie.

Dowodem twojego istnienia będą podatki, starówki kilku miast,
zakamarki kilku ulic. Podatek od miłości to ostatni numer na płycie.
Płyta odtwarzana jest w pętli. Niedługo po zakończeniu,
usłyszysz znane dźwięki początku. Receptory nie będą wtedy czujne.
Skupiam się na tym momencie. W tym momencie. Znowu jest tak,
że patrzę w okno i czekam. Nie pamiętam już na co.
W gardle mam surową, śliską rybę. Nie mogę jej przełknąć ani wypluć.
Z braku konkretnego bólu, odcinam sobie ucho.
Przychodzi po mnie czas. Przychodzę na czas.


Panu Van Gogh dziękuję za piękny malunek.

24 marca 2009

wiersz w drodze na Tiricz Mir


oraz przypadkowy szelest czmychającej tu i tam. obcej, własnej

miała dwie myśli jednocześnie. miała.
weszła do mojego domu, nastawiła
radio. w korytarzu tysiące pustych walizek, domino.
jazz. w korytarzu kolejne korytarze,
szeregi, sieci, ślepe koty uliczne.

usiedliśmy przy stole.
twarze zbierały ćmy. zrób mi
kopię tego życia, pomyślałem,
gdy nalot od rzeczy był. nie martwił.
gdy telefony przestały dzwonić, gdy
miasto mieściło się w kieszeni a
wszystkie światła gasły jednocześnie.

zrób mi zdjęcie, pomyślała
zdjęcie zniszczonych ścian.
między ludźmi. między kosmosem
a worem śmieci. między moim domniemaniem
twoim bynajmniej, onegdaj, poniekąd

z nieba leciały setki samolotów.
na skrzydłach były papugi,
traciły pióra. kolor mazał się.
jak dziecko. tak. mieliśmy myśl.
jednocześnie. zbliżało się wszystko.

21 marca 2009

wymiona unijne


obsługuję bydło na hali, taki jest mój zawód
wyżeram z kogoś kawał mięsa. dobry z tego kawał,
no nie? dochodzę. ty jeszcze nie bardzo, ale
musisz to zrobić. wniosek jest taki, że wszystko
zaczyna się od końca. nawet ten cholerny koniec
zaczyna się - powiesz - patrząc na mnie jak na idiotę
dostojewskiego pewnie. tego właśnie chcesz, bo
literatura ci w głowie, póki dobrze widzisz litery
numery, hasła, piny, kody dostępu. taki jest właśnie
windows. więc zanurkuj ze mną w to wszystko i
zaopiekuj się pomidorami w szklarni, albo
obsługuj ze mną bydło. na hali. wiesz jak to rozwija?
chwytanie za rogi, wymiona, przy tym wymiany
płynów ustrojowych, co grozi poważnymi chorobami, ale
kto by się tym przejmował, przecież jesteśmy w unii

17 marca 2009

moja ulubiona kompozycja




za kurtyną miliony klatek schodowych, których poznanie
zabrało mi lata. zimy też zabrało. wreszcie nadał się
nieprzyjemny zapach spoconego, brudnego ciała. tak oto
każdy filozof-grajek zrozumiał, że musi się wypróżniać.
musisz to zrobić w ten sam, przewidywalny mać sposób.
i usta. są harmonią. element zaskoczenia ze strony
własnej ręki, wprawi w zdumienie kilka razy. później
są normy, wyrabianie się na zakrętach. pierwsze plany
wchodzą na plany drugie, zachodzą za skórę, podchodzą
pod oko, koleinami, wertapami zdartych skór. i zbierasz
zbierasz te wszystkie skóry w jedną całość. w odległości
kilkunastu metrów słyszysz swój piskliwy głos. wzywa
i wyzywa. jest wyzywający. na początku pomyślisz:
zaczyna się. na końcu pomyślisz: zdarza się. naprawdę:
zderza się. wisisz, podskakujesz, latasz, zbierasz,
rozbierasz, układasz, wkładasz i wyjmujesz. wszystko
zderza się. odkrywasz, że jesteś pokrowcem - -
sporo możesz zmieścić. gdy tańczysz z kablem albo
przyjmujesz kilka cech mikrofali czy może czajnika
elektrycznego, z gwarancją jakości. nie wiem
jak to jest z tymi gwarancjami, czasami produkt
trzeba wyrzucić, zastąpić nowym, lepszym, bardziej
na czasie. a na czasie są teraz faworki, szynszyle,
rosja, stany zjednoczone, unia, obraz, wiersz,
jest na to gwarancja, prawda?

13 marca 2009

poster


post-wszystko. frojdyzmy.
beton zalewa moje płuca. monty pajton,
cała załoga śmiechu skacze po mnie. otwieram się
przed zamknięciem. jestem czyjąś nieobecnością.
przymykam dziś drzwi. to drzwi przymykają mnie.
skończę jako figurka żołnierza. skończę
w popielniczce śmierci. skończę jak każdy.
dmucham tylko. nadmuchałem sobie kawał świata.
przymknąłem na to oko. oko przymknęło mnie.
powtarzalność.
maszyna pracuje, gorąca jak orgazm kobiety.
duszność i koci pazur przecinający spokojną myśl.
kamień opada na dno, w tym czasie moja prokreacja.
zdaje się być jedynie dopełnieniem. wciskają
inaczej, jakby wiedzieli. cóż możesz wiedzieć
skoro jesteś mną. moje sny są twoimi.
moje dłonie głaszczą, ranią twoją głowę.
twoja głowa uderza mnie, nagle.
ciepło jest przerażającym zimnem.
dotykasz na odległość. umartwiając się
konsumujesz. jesteś. martwy jak lalka
z żurnala. jesteś bo byłeś. jesteś bo będziesz.
w imieniu chwili, w obliczu

staniesz się czyimś staraniem.
będziesz sobie obcy, jakbyś pisał powieść
o wędrowniczku. siedząc w domu możesz być
chirurgiem albo muzykiem, bez dźwięków.
uderzysz w ścianę. wszystko będzie dobrze.

11 marca 2009

aciało


układam się w ciało na wzór mojego.
nie znam obecnego ciała. jest spokojne i szczelne.
moje ciało nazywane mną. ja nazywany moim ciałem,
przez moje ciało. wyciągam grzecznie wtyczkę,
trzeba się oszczędzać. trzeba sprawdzić licznik słów.
segregować ubrania na czarne i białe
segregować białe i czarne na ubrania
licznik słów

na głowę spada mi ciężar godziny. godziny dochodzą.
przy okazji dochodzą do mnie fakty. na powrót
przechodzą przeze mnie prądy. słyszę szum
rozchodzących się we wszystkie strony jachtów.
z czasem statki są coraz większe. szumczyk rośnie
w postać warkotu. silniki wszystkich przedmiotów
pracują na pełnym gazie. poza silnikiem mojej głowy.
na głowie mam sto tysięcy kominów, które wciąż wydalają.
dorzucam drewno przelotnej emocji. po sekundzie
bucha mi z oczu. mam do siebie wątpliwości, mam sprawę
do siebie. mam do siebie zarzut, mam moje pieniądze. dla mnie.
muszę przekazać sobie kilka uwag, dziś znajdę czas
by spotkać się ze sobą. znajdę czas na kilka kroków w górę,
na Tiricz Mir, po mechanizm sekundy. znajdę i nie znajdę.
w tym samym momencie

jestem nagi, idę przed siebie. przez setki pomieszczeń
o podobnych układach. przez setki myśli o podobnych układach.
przez setki osób podobnie skojarzonych. przez setki rzek
z tej samej wody. przechodzę z jednego w drugą,
z trzeciej w czwartego, z piątego w szóstą, z siódmej w ósmą,
z dziewiątego w dziesiątą. i nawet podobno jestem teraz
w domu. moje ciało i czyjeś ciało. na uwadze. Tiricz Mir i
czyjeś oczy przebiegające po tym tekście. kilka milionów ulic,
tysiące miast. setki deszczów, litry wody. pomyśl.
centymetry wzrostu, kilogramy wagi. rzeczy pożyczone,
rzeczy znalezione, rzeczy własne. rzeczy odrzeczone, arzeczowe.
moje rzeczy i arzeczy, które nie są moje. moje ciało, które
nie jest już moje. moje aciało. twoje ciało, które należy tylko do ciebie.

które ciebie do należy twoje tylko ciało
które ciebie do należy twoje tylko ciało
które ciebie do należy twoje tylko ciało
licznik słów
xxxxx xxxxx xx xxxxxx xxxxx xxxxx xxxxx
xxxxx xxxxx xx xxxxxx xxxxx xxxxx xxxxx
xxxxx xxxxx xx xxxxxx xxxxx xxxxx xxxxx
xxxxxxx xxxx

9 marca 2009

w gościach, w kościach, w ościach


zaczął się bit. big-bit. bit po bicie, buty na bucie. buty na sznurze, sznur na ramieniu. głowa na rondlu. głowa, którą wystawiam na sprzedaż w komplecie z mixerem. mixer moulinex, durex, unix. zaczęło się to, co było przed a za moment zacznie się to, co będzie po. jest młody Edward i stary Leonard. były czasy i są nadal. tyle, że czas po prostu staje się. zdaje się, stara się. czas stara się mnie unikać. ciała omijają ciała, budynki krążą wywołując zawrót, powrót i przewrót. wstawanki i łapanki. wstawki i wystawki. czerwone cegły składają się w coś konstruktywnego. na moich oczach. są w rozpadzie, po czym: w składzie. siedzę tu, na składzie ładu. mam w dłoni dwie zapalniczki, omijają się. tom waits zagonił mnie do burbonu, ale wylałem wszystko, by wysłać list. list jest teraz gdzieś na wodzie. list z drogi na Tiricz Mir. list skończony w momencie odnalezienia kolejnego elementu mechanizmu. dziś poczułem, że mechanizm w jakimś stopniu szuka również mnie. nabraliśmy z tomem ochoty na czekoladowe batony. najlepiej rzucane przez żołnierzy z pociągów towarowych.

8 marca 2009

papilarność


zdarza się tak, że jestem związany. nie potrafię się ruszyć a bliscy mi ludzie umierają na moich oczach. taki sen zdarza się w drodze po Tiricz Mir, w drodze po kolejną część mechanizmu sekundy. później jakaś siła zrywa ze mnie łańcuchy, znowuż jestem wolny. Tyle, że zmienia się sceneria. Są puste pokoje, gdzie szlaja się moje ciało. Jest kolejny sen. Sen w śnie. Zastanawiałem się nad ilością warstw oniryczności, bo czy postać snu może śnić? Dzięki temu udało mi się wejść wyżej-bliżej rzeczywistego szczytu Tiricz Mir. W kieszeni znalazłem kilka wskazówek o różnej długości. Kilka żywotów i trochę śmierci. Kilka narodzin i kilka operacji plastycznych duszy. później znowu byłem związany, poza zasięgiem siebie. tyle, że nastawienie w tym powtarzalnym śnie było inne. poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.

6 marca 2009

drobiazg


Jak wyczuć moment, w którym zaczyna się czuć? Przeleciało mi przez głowę, przy tureckiej kawie, w chińskiej dzielnicy, z rumuńskim klimatem, paryskim zapachem, warszawską wizją i fonią. Zjawisko płynnego przechodzenia ze stanu w stan są fascynujące dlatego, że konsystencją nawiązują do tego co z nami i w nas od zawsze: do wody. A wody w mojej wędrówce po mechanizm sekundy jest naprawdę bardzo mało. Trzeba oszczędzać. W takiej sytuacji docenia się każdą kroplę - co z kolei można zestawić z sekundą. Docenić drobiazg, zbudować mechanizm czegoś drobniejszego niż embrion, czegoś nie-fizycznego. Czasami wątpię i taka właśnie wątpliwość doprowadziła mnie dziś do kolejnej części.

Jak wyczuć moment, w którym zaczyna się czuć? Nade mną klucz ptaków, pode mną strach stromej skały, za mną ja sam, przede mną ja sam. W mojej dłoni najmniejszy element mechanizmu sekundy, bodaj najważniejszy. Składnia pokory i szacunku do siebie - z czego rodzi się pokora i szacunek względem otoczenia. Kwiat tej części mojej podróży.

2 marca 2009

sztuka kamienna


Mam wrażenie, że tysiąc lat uczyłem się rzucać kamieniem do wody. Był przy mnie nauczyciel. Cierpliwy i spokojny. Zupełnie tak, jakby każde moje identyczne niepowodzenie było jakimś postępem - podchodził do mnie z ciepłym uśmiechem i kubkiem gorącej herbaty. Prowadziliśmy dialog. Dialog kamienia z wodą.

Pewnego razu opanowałem właściwe rozbudzanie wody. Ucieszony pobiegłem do mojego nauczyciela, ale nigdzie go nie było. Nawet śladu. Widziałem przez mgłę i zgubiłem kilka razy drogę do domu. Nie towarzyszyła mi smutna muzyka, natura przestała wydawać przypadkowe dźwięki świadczące o istnieniu.

Wróciłem nad wodę i wyrzuciłem wszystkie znalezione w drodze kamienie. Żaden nie rozbudził wody, po prostu znikały. Na wysokości tafli, zdawać by się mogło, że im bardziej byłem zmęczony - tym wcześniej traciłem z oczu widok kamieni. I były coraz cięższe, z roku na rok nabierały ciężaru wspomnień po nauczycielu, nabierały ciężaru wątpliwości. Że nauczyciel kiedykolwiek istniał? Że moje zadanie zostało wymyślone przeze mnie i wszystko robiłem tylko dla siebie?

Wiosny zamieniały się miejscami z zimami. Chłód był naczyniem z wrzątkiem. Próbowałem wetknąć w kamień trochę wody. Aż w końcu wszystko zastygło. Miałem kolejne wrażenie. Wrażenie przylegania do ściany, jakby moje ciało było kawałkiem papieru. Matowy i szorstki. Biały i czarny. Taki sam i inny. Taki sam inaczej.

Jakiś mężczyzna wpatrywał się bardzo długo w moje oczy. Głaskał zranionego kota mówiąc, że to zły sen. Obudziłem się kilka metrów wyżej. Podróż na Tiricz Mir jest bardzo niebezpieczna. Czuję jednak wewnętrzny spokój, bo dziś nauczyłem się poić kamienie wodą.

notka w drodze


W drodze na Tiricz Mir przyszedł czas na matematykę. Okazuje się, że właśnie kawał tej dość szorstkiej, liczbowej plątaniny wniósł jak do tej pory najwięcej. Matematyka mojego Tiricz Mir jest ważniejsza od całego tego mielenia filozofii w moim wydaniu. Tak, prostota - w rzeczy samej. Potrzeba oswojenia prostoty i nadania kształtu swojemu życiu - pod dyktando tej akurat barwy. Barwy prostoty, barwy szczęścia.

Zasada "dwa plus dwa równa się cztery lub dwa plus dwa równa się iks". Od tego się zaczęło. Stromy pagór przede mną wyznaczał miejsce na kolejny przystanek. Iks musi zostać za mną, ważna jest prostota - budując wizerunek naturalizmu. Szkoda, że nikt tego nie widzi, jestem tu zupełnie sam. Udało się wygrać w szarpaninie z własnymi rękawami, własnymi cieniami, własnymi słońcami, własnymi własnościami. Oczami wyobraźni widziałem teraz Jana, powiedział 'jeśli umrę, to dlatego, że miłość nie trzyma mnie przy życiu' (przyp. 'przełamując fale'). Stał obok mnie przez chwilę, na stromym wzgórzu, próbowaliśmy dostrzec szczyt Tiricz Mir. Jest nieco bliżej.

27 lutego 2009

złamania, próżnostki


Jestem na środkach przeczyszczających. Często wydalam. W mojej głowie jest ogromne wiertło. Nagrzane od zawirowań narzędzie każdej myśli. Sytuuję się gdzieś pomiędzy tłustą pustką i anorektyczną pełnią. Podnoszę z ziemi połamane krzesła i staram się żeby znowu stały, mimo poważnych wybrakowań. Nie wiem dlaczego to robię, taka czynność po prostu stała się.

Poznałem dziś sporo osób. Darek to typ kolesia. Wie jak wszystko naprawić, zna się na autach i ma garaż młotków, gwoździ. Zresztą wszędzie te gwoździe wbija. Z kolei jego ciotka - Malwina - z nią to można na każdy temat. Do tańca i do różańca. Szkoda tylko tych zapadniętych oczu, które palą każdy jej uśmiech. Jest jeszcze Bogdan, Bodzio, master uliczny. Tak a nie inaczej - bo chłopak pół życia spędził przy osiedlowych ławach, żując słonecznik i spluwając za kołnierze starszych pań. Zgrywus, kawalarz, żartowniś. Dalej mamy mało charakterystyczną Magdalenę. Magdalena mało mówi, właściwie wcale się nie odzywa. Być może powinienem napisać, że jest najbardziej charakterystyczna, bo jako jedyna nie wystartowała do mnie z rozdziawioną gębą pełną próżnostek. Na końcu mamy starą parę Zbysio-Zbych i Bronia, Bronisława. Tylko razem wyglądają dobrze, osobno jak suche liście.

Takie to towarzycho właśnie, skład - jak mniemam - doborowy. Są wszystkie pory roku, są wszystkie smutki i wszystkie radości.

25 lutego 2009

co ze mnie zostało


cóż to za chłopak pyta Twoja mama
syn żyda Cohena Dylana Ginsberga i Whitmana

starasz się być indywidualistą
tworzysz nowe mody
modyfikacje
wszystko jest grą on-line
onlajny ścierają bajty
bajty wychodzą z onlajnów

numer Colin
nie wiem co to znaczy

implantor okablować
może coś w tej tonacji?

ludzie odłączeni i online

książka: wyrywki z życia schizofrenika
książkę taką na pewno kiedyś czytałeś/aś
bo jesteś książę albo książa

cytadela

policja rasowa darmowa siła
robocza
rewolucjonista cichy
cichacz

cichacze szkieletory

z ziemi wyrastają ręce
gdy kończysz mówić
to ja mam sucho w gar
dle

jestem spragniony boskiej obojętności
szkieletowej nagości

no i tak to wygląda

tańcz ze mną do końca miłości


tańcz, szukajmy tańczących mieszkań, wyrzućmy tańczącą paprotkę z małego pokoju, zastanówmy się nad tańczącą kanapą i drzwiami-harmonią, bo właściwie jak to wszystko znalazło się w naszym życiu - tańcz, myśl racjonalnie, rewolucyjnie, rekonwalescencyjnie, bądź plikiem tekstowym, tańcz do końca miłości maszyny, tańcz do narodzin starców, tańcz pod melodię ubezpieczeń zdrowotnych, tańcz w rytmie mojej choroby, tańcz dla aktów własności, dla pieniędzy, tańcz przed telewizorem, tańcz za oknem, roztańcz się na ulicy, w centrum roztańczonego miasta, w przypływie tańczących aut, tańcz jak dziennikarz-reporter, tańcz jak prezydent i król, tańcz jak królowa, tańcz razem z pionkami, tańcząc zatańcz

24 lutego 2009

to tylko kolejne piętro


Ogromna przestrzeń, która nie ma horyzontu. Windy zawieszone na ciężkich łańcuchach. Gibają się leniwie. Skrzypią jak kości starca. Wszystko jest stare. Nawet młodość bywa czasami bardzo stara.

Człowiek wchodzi do windy. Odnosi wrażenie unoszenia się, mimo stagnacji, zaczyna wierzyć, że jest coraz bliżej. Odnosi się. W rzeczywistości kończy w tym samym miejscu, z myślą spełnienia.

Kilka tysięcy pięter niżej. Ktoś próbuje wejść schodami. Najpierw trzeba zbudować schody. Z niczego. Pytanie: na jaki sposób uwierzyć, by się udało?

Wreszcie jest sukces, udało się. Jest już naprawdę bardzo wysoko, nad windami, nad sufitem łańcuchów. Pojawia się jednak ogromna ochota na wchodzenie i schodzenie ze schodów.

Tym sposobem wszyscy kończą na tym samym poziomie. Koniec jest tym samym poziomem. Koniec z tym samym poziomem. To proste. Proste rzeczy działają najlepiej. Smoła się przelewa. Warszawa działa na mnie ostatecznie.

23 lutego 2009

oko jacka krajla, ucho van gogha


Cisza jest smołą. Tworzy od kilku dni kroplę na suficie. Nad łóżkiem. Jestem postacią o stu twarzach, mam miliony kończyn. Poruszam się według schematu. Po anemicznych przewrotach przychodzą spontaniczne wzloty i upadki. Moje ciało jest bardzo kruche, składa się ze słonych paluszków, po sekundzie ma kształt balona. Za moment pęknie. Wiem, że ta część mechanizmu sekundy umożliwi mi odnalezienie stabilnego kształtu. Bez tej części nie uzbieram kolejnych, nie wejdę wyżej.

Wszedłem rano w obraz pustej Warszawy. Byłem sam. Prowadziłem autobus, w którym byłem pasażerem. Kontrolowałem bilet. Bilet kontrolował mnie. Później było kilka manekinów, w drodze do pracy, niekończące się galerie, niekończące się historie i histerie plastikowych szmiradeł. Były inne ciała, z których korzystałem jak z narzędzi.

Po pracy rozmawiałem z elektrykiem. Temat napięcia, obwodów, synchronizacji jonowej. Temat czeskiej gitary Jolana, temat radia wolna europa, temat lat pięćdziesiątych. Na chwilę przeniosłem się tam, by zdobyć kolejną część do mechanizmu sekundy.

22 lutego 2009

Widok na Hindukusz


Dzień. W mieszkaniu panuje przeraźliwy chłód. Silniki dwóch kotek pracują bardzo cicho. Zofia przegląda miski, wkłada głowę do buta, leniwie koziołkuje. Stanisława jest młodsza, ciągnie ją do mojej kawy. Po chwili rozkłada się w wannie. Liczy krople.

Kroję chleb. Przeglądam niebo. Kroję niebo. Przeglądam chleb. Jest studium przeszłości i odpoczynek.

Człowiek zmieni się tylko pod wpływem samego siebie - pomyślałem - spoliczkowany bielą czterech ścian. Nie ma piękniejszej chwili jak ta, w której dochodzi się do siebie. Do prawdziwego siebie. Przecierając kurz, zdzierając kolejne warstwy błędnych osobowości. Zrodzonych głównie przez słabość.

We wczorajszym śnie nie uciekałem przed nadjeżdżającym pociągiem. Zdecydowałem się z nim zmierzyć.

Od rana myślałem o opracowaniu mechanizmu sekundy. Aż do teraz. Najpierw jednak przymknę oczy. Przede mną pojawi się pasmo gór. To Hindukusz. Pod nogami znajdę pierwsze potrzebne części mechanizmu. Z resztą nie będzie tak łatwo. Na szczęście mam zapas sił na sto lat. Sto lat żonglowania słońcem i księżycem. Sto lat myślenia podczas zbierania kolejnych części.