mechanizm sekundy

22 maja 2012


*** (budzę się w twoich rękach...)

budzę się w twoich rękach
o matko
w połowie tylko urodzony

wykochany z brudu
i wrzasku

spowiadasz się ze mnie
w pośpiechu

życie dyktuje ci modlitwę
jestem jej płaczem

pozostało jeszcze wybrać imię
dać żreć

mokre sny powiesić na sznurze
a suche - na drugą stronę
i pochować

twoje ostatnie słowo
to spokojna twarz
rzuca na mnie jasny cień

rzuca na kolana
i każe ryć w ziemi




16 maja 2012

Nowe teksty


ciało wyolbrzymione 

oto jak wygląda człowiek: w środku 
ma cztery kąty i dopala gwiazdę 
w innym języku zapisaną 

pilnują go psy, chociaż sam potrafi szczekać
i ujada po kawałku siebie

z bogiem - gorzkim smakiem
w ustach, jeszcze nie wyryczanym

wieczorem: czerwone słońce zalewa 
płótno jego i obcej kobiety

usta chcą lub nie chcą lizać ran 
można zacząć od sterczących sutków 
albo niżej 

z miłości mocno zagryźć knebel
inaczej można połknąć język

a rano: w tych wielkich łapach z bliznami 
ciągle leżą małe dłonie 

sięgają do końca




*** (i spytała mnie...)

i spytała mnie, czy jest fajną laską 
bo zostawiła ją matka, żona i kochanka 
no panie morrison, pomóż pan, powiedziała, a ja 
zrobiłem się czerwony jak parada równości 
w myślach wciągnąłem kokę, wstrzyknąłem herę i zajarałem 
jak w jakimś filmie, czas niewyobrażalnie przyspieszył 
żaden ze mnie morrison, a z dorsów to pamiętam tylko 
don't you love her madly, don't you need her badly 

i spytała mnie, czy mogę to zaśpiewać 
albo chociaż zanucić pod tym moim garbatym nosem, 
żydowskim kulfonem, dodała, a ja 
przypomniałem sobie żart, że jak coś jest za małe 
to najlepiej zawinąć w wyborczą, która wszystko wyolbrzymi 

i spytała mnie, czy jestem normalny, że tak na nią patrzę 
tymi faszystowskimi gałami, ryknęła, a ja 
patrzyłem jak sinieją jej popękane naczynka na policzkach 
wytartych o te pomarańcze i zielenie chodnika 
a usta mienią się jesienną czerwienią 
i byłem szczęśliwy 







21 lutego 2012

Rzeź syjamska

W najnowszym Czasie Kultury (http://sklep.czaskultury.pl/?mod=produkt&id=116) można przeczytać kilka moich tekstów.

a tu jakiś Szanowny Pan z piwnicy (pozdrawiam z sympatią do piwnicznych klimatów!) nawet odczytał fragment mojego "Pudełka na mleczaki":

http://czytaniewpiwnicy.blogspot.com/2012/02/jacek-krajl-pudeko-na-mleczaki.html


Na koniec coś nowego:

Rzeź syjamska

w czterech ścianach, w czterech pustyniach patrzysz na kogoś swoim życiem
z czasem nie obchodzi cię, kim jesteś. śmieci i pamiątki gromadzi noc, najciemniejszy sejf

coś bardzo ważnego, jakaś objawiona prawda, zwykle przelatuje tuż obok ciebie
jak japoński ekspres. przypomina szybką miłość na gorącej trawie,
nie wskrzesisz pierwszego razu. nie utrwalisz w słowach

zwierzęcego niepokoju. gdy wszystko po kolei ot tak odchodzi. po prostu i bez pytania
zostajesz sam w pustym łóżku




________________________________


25 września 2011

Piszą o mnie w Szafie

W najnowszym numerze Szafy (http://szafa.kwartalnik.eu/) ukazała się recenzja mojego "Pudełka na Mleczaki". Autorką recenzji jest Aleksandra Słowik. Poniżej treść, po więcej zapraszam do Szafy - proszę jednak nie rozumieć zaproszenia dosłownie, bo miewam klaustrofobiczne lęki. Przypominam, że na stronie Zaulekpomylka.pl w zakładce "Kiosk" można nabyć mój arkusz w cenie +/- połowy paczki papierosów.




Jacek Krajl, poeta niebylejaki
- zapowiedź pierwsza.


Tylko ktoś naprawdę wrażliwy, ktoś, kto widzi inaczej przez okruszynę w oku, komu wiążą rękawy z powodu nadmiaru wyobraźni, pomyślałby, wchodząc w dorosłość, o przechowaniu kruchości wzrostu, której symbolem są mleczne zęby. Jest w tej myśli i w całym zbiorze literackim Jacka Krajla pieczołowitość zbierania obrazów. Jest czas na odwrócenie głowy, dorastanie do odgłosów świata: mam ochotę położyć rękę na krawężniku, stworzyć symfonię/ do wszystkich postukiwań dobrać własne („miasto”) wszystko jest składnią rzeczy/Na których nie spoczywały nigdy moje oczy/Rzeczy nietkniętych moją dłonią/Podczas podróży do smutnych miast („rozlewisko”).

Czytam dwanaście wierszy młodego poety zebranych w debiutanckim arkuszu poetyckim i doświadczam tajemnicy rozrastających się słów. Mam wrażenie, że białe litery łączą się z włoskowatymi naczynkami czarnego papieru pochłaniając ciemność: (...) wpaść w epilog tej chwili, rzucić się w błoto, w błocie być, błotem zostać./postawiłem kołnierz i wróciłem do tej mojej czerni i bieli. („miasto”). Słowa stanowią system naczyń połączonych, gdzie koty i kobiety zasiedlają przestrzenie miedzy zdaniami tą samą elektrycznością istnienia: miała dwie myśli jednocześnie. miała./weszła do mojego domu. nastawiła/radio. w korytarzu tysiące pustych walizek. domino./jazz. w korytarzu kolejne korytarze./szeregi. sieci. ślepe koty uliczne („obraz przypadkowy szelest czmychającej tu i tam. obcej, własnej”).

Właśnie z kobiet i przez nie poeta wyrasta w dojrzałość, w pewną tajemną wiedzę. To one są dla niego wyroczniami, którym czyta z ruchu ust nie dbając o słowa („wargi”), kawałkami czekolady zbijającymi z tropu („prochowiec i ulicznica”), gdy według pierwszych męskich założeń chciałoby się być filozofem czającym się na życie („okruszynka”). Być może w tym wierszu właśnie zawarte jest sedno poezji Krajla – łagodne spojrzenie na bieg rzeczy, świadomość potrzeby dystansu: mam chwilę czasu by obserwować bieg księżyca przekładać monetę/między palcami spójrz na mnie jestem jak kot filozof z pieca starszej pani (tamże)

Wschodząca dojrzałość pamięta o obrazach z kumpelskich spotkań i ma w sobie wciąż młodzieńcze sny o lataniu: pastwisko przed nami jest moim pasem startowym/chce mi się teraz latać że hej łapię w płuca powietrze („nasza bocznica”), dostrzega wzrastającą moc życia: W ogromnych purchlach zbiera się wolność i dzikość/Nachodzą mnie strzępiaste drzewa i myśli o statku/W nieskończonej wodzie Pacyfiku („rozlewisko”). Jednocześnie jednak poeta czuje cień zmian na sobie: szkody czasu na mojej skórze („miękkie ściany”), a nawet niespodziewanie stającą się starość: Wychodzę prosto w starość („prochowiec i ulicznica”), może to zwykła starość kiedy szliśmy tak pod rękę („miasto”). Udomowienie tego stanu znajduje w Wąsoczu, w miejscowości pod Piszem („uczucia kliniczne w Wąsoczu”): kończę szczawiową babci w domu gdzie zawsze pachnie piernikami/takimi prawdziwymi bo prawdziwa jest babcia prawdziwa starość (tamże). W ten sposób proste rzeczy i gesty oswajają nas z przeznaczeniem.
Trzeba wrodzonej mądrości i przenikliwości spojrzenia, żeby tak spokojnie łączyć żywioł rozwoju z cieniami przemijania. Wiele takich godnych zastanowienia miejsc znajdujemy w wierszach młodego poety. Uderza w nich również ciekawy język poetycki, świeżość określeń jak chociażby tutaj:


usiedliśmy przy stole.
twarze zbierały ćmy, zrób mi
kopię tego życia. pomyślałem.
gdy nalot od rzeczy był. nie martwił.

(„oraz przypadkowy szelest czmychającej tu i tam. obcej, własnej”)



Lub tutaj:



Z białego meszku ziemi wyrastają góry, ciała orbitalne
rozbijają się o siebie. gdy odwiedzam Emmanuelle.
Zaraz za mną toczy się kilka księżyców, płodów pełni.
Delikatne tancerki skaczą z kuli na kulę, (...)

(„prochowiec i ulicznica”)

Tak czytając zżywam się z krajlowską składnią rzeczy i zaczynam wierzyć, że rozmawiam ze zbieraczem słońc. Oby na zawsze został młody i miał kogoś, kto zaprosi go na pierniki i mleko. I nie musiał się ukrywać („żrą ludzi z musztardą”).

24 lipca 2011

Ostatni sen o śpiewającej rybie



Bruce Cawdrom spotyka Beckie Foon. Co powstało w wyniku schadzki człowieka od instrumentów perkusyjnych z Godspeed You! Black Emperor oraz wiolonczelistki Thee Silver Mt. Zion? Muzyczne dziecię nazwano Esmerine, a eksperymenty z udziałem perkusji, wiolonczeli i marimby romansującego z post-rockiem duetu trudno jednoznacznie sklasyfikować.

Gdy z minimalizmu muzyki kameralnej sięgali po klasykę na wydanej sześć lat temu „Aurorze” zdawało się, że forma zaczyna się twórcom wymykać spod kontroli. Na krążku Bruce i Beckie przez blisko godzinę lekcyjną wykładali post-rockowcom jak przerwać atak klonów tego gatunku, jakościowo zostawiając w tyle wyjściowy projekt GY! BE.
Zasłuchanych w muzyce Esmerine porządnie wyposzczono, bo na kolejny album przyszło im czekać sześć lat. Na pociechę dwa razy więcej talentu w składzie, zasilonym przez harfistkę Sarah Page oraz Andrew Barra – perkusistę z indierockującego Land of Talk i znanego ze współpracy z Lhasą de Selą.

„La Lechuza”, czyli nowy gatunkowy melanż od Esmerine łączyć należy ściśle właśnie z postacią Lhasy, zmarłej w czasie nagrywania albumu przyjaciółki składu Esmerine.
Zaczyna się ciepło, w „A Dog River”, wodzeni na pokuszenie melodią wygrywaną na afrykańskiej marimbie doczekujemy szalonych skrzypiec, nastrojowej wiolonczeli i zaskakujących dźwięków rogu wieńczących kawałek. Już w tym momencie muzyka zaczyna się owijać wokół ucha i nie sposób wyrwać się z transu aż do pierwszej linii wokalnej („Last Waltz”), gdzie w grę wchodzi również harfa. Przykłady innych zabiegów hipnotyzujących znajdziemy w kawałku „Trampoline” i „Little Streams Make Big Rivers” – tu perkusyjnych uniesień doświadczają Cawdrom i Barr. Ucztę wieńczy mroczny „Fish on Land”, w czasie którego podziwiać można wokalny talent Lhasy i tekst o „śnie z ostatniej nocy, w którym ryba na lądzie próbuje złapać oddech, ale stać ją tylko na śmiech i śpiewanie tej piosenki”.

„La Lechuza” to album po ostatnią nutę wypełniony smutkiem, żałobą po utracie przyjaciółki i wielkiej artystki oraz złością wziętą z niemocy. Jednocześnie to doskonała recepta na postrockową powtarzalność i furtka do melancholijnego nastroju.
Esmerine kolejny raz twórczo inspiruje, umuzyczniając depresję – jestem im to w stanie wybaczyć jedynie na koncercie.

Esmerine – „La Lechuza” (2011)
(do przesłuchania/kupienia m.in. na stronie wydawnictwa Constellation Records)

__________________________________
Po więcej recenzji zapraszam na Coolturka.com.pl

10 lipca 2011

Pudełko na mleczaki




Arkusz "Pudełko na mleczaki" wydany! Na stronie wydawnictwa, pod którego banderolą miały miejsce druk i oprawa czytamy:

Jacek Krajl debiutuje na papierze arkuszem poetyckim z dwunastoma wierszami.
Ich podmiotem jest mężczyzna wkraczający w dojrzałość, który potrafi już dostrzec szkody czasu na swojej skórze [12. Miękkie ściany]. Ale wciąż pamięta o tym, że jeszcze niedawno chciał albo nawet potrafił latać: pastwisko przed nami jest moim pasem startowym/ chce mi się teraz latać że hej łapię w płuca powietrze/ czuję jak nogi powoli odrywają się od ziemi [10. Nasza bocznica]
Tytułowe pudełko na mleczaki ma wiele znaczeń. Jedne odnoszą się do nieuchronnego końca adolescencji, inne do ichtiologii. Pomiędzy nimi znaleźć można wyznanie podmiotu z wiersza [6.Prochowiec i ulicznica]:
Jak zwykle jestem za późno. (...) Wychodzę prosto w starość. (...)
wspominam poranek z Emmanuelle, rude włosy,
zbijające z tropu kawałki czekolady, kawałki młodości.
Dojrzałość choć traumatyczna, nie jest jednak jednoznaczna. Pozwala odrzucić ciężkie frazy, które są nie dla mnie, których nie udźwignę. I skupić się na kwestiach najistotniejszych: przyszła kobieta – wspomina podmiot – zaczynał się nasz seans/ (…) może to zwykła starość kiedy szliśmy tak pod rękę/ z parasolem pod którym zaczynała się noc i rozchodziła się po mieście… [2.Miasto].


http://www.zaulekpomylka.pl/Jacek_Krajl,_Pudelko_na_mleczaki,_Szczecin_2011,_arkusz_poetycki_w_formacie_B2,_projekt_graficzny_Radka_Wojcika-ab0-3-47.html

"Pudełko..." nabyć można na stronie wydawnictwa w zakładce "kiosk". Smacznego!

26 czerwca 2011

Słowo na sobotę: W kosmicznej kolejce po literaturę

Stałem w długiej kolejce z biednym nauczycielem z Drohobycza.

W sklepie cynamonowym. I naszła mnie pewna myśl. Zacznę jednak od początku…

Zaczęło się od odwiedzin w ponurym pokoju akademickim pani Plath, do której wpadłem na herbatkę. Po chwili próbowałem wcisnąć na głowę szklany klosz, żeby Sylvia nie czuła się samotnie. Beat, beat – usłyszałem klakson kumpla, Kerouacka. Sylvia została w pokoju.

W drodze z Kerouakiem próbowałem dogonić buddyzm. Beat, beat – raz po raz uderzał w klakson Jack, naśladując wygłupy Burroughsa i zaczesując włosy, żeby mieć łysą jak Ginsberg glacę. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. I na czas skowytu łysego Allena i śpiewu Boba Dylana.

Na koncercie spotkałem kumpla z Norwegii – Hamsuna – który bredził coś o głodzie, kolegę z Polski, Grzesiuka – który ostrzegał mnie przez szpitalem i zbyt dużym zagięciem marginesu życia oraz towarzysza z Rosji, Dostojewskiego – ten to dopiero mądrze przestrzegał przed zidioceniem, do ostatniego kielicha, rozumiecie. Padłem zmęczony na blat, słysząc jak pijany Cohen szuka swojej Suzanne.

- Człowiek, który śpi – rzucił w moją stronę Perec z ironicznym uśmiechem. – Kolejna ćma barowa - dodał szef knajpy, Charles. Jego twarz układała się w grymas postaci z telebimu marki Orwell. Zasnąłem. Śnił mi się facet, który szukał tralfamadorczyków. Nazywał się Vonnegut i zaproponował mi śniadanie mistrzów. Poszedłem za nim do rzeźni numer pięć, za drzwiami zaczynała się długa kolejka.

Stałem przed niejakim Schulzem, biednym nauczycielem z Drohobycza. I naszła mnie myśl, że z tym literackim hipertekstem nam wszystkim do twarzy. I że poza tym sklepem nie pozostało mi już w życiu nic więcej…

_____________________________
Na kolejne odcinki cyklu zapraszam na Czytadelko.com.pl

1 czerwca 2011

Pudełko na mleczaki - zapowiedź




Zbiór "Pudełko na mleczaki" składa się z 12 tekstów. Zdarza się, że poezja bywa tu bliżej prozy. Arkusz powstał w oparciu o teksty pisane w latach 2004-2011.
Tzw. mleczaki to pierwsze ząbki dziecka, a w drugim znaczeniu - w pełni dojrzały do rozrodu samiec ryby z mleczem (nasieniem w postaci mleczka). Gotowy do odbycia tarła z ikrzycą. Przedstawione poezje mieszczą się między wymienionymi znaczeniami, stanowiąc zarazem bezpieczne ściany osobowości.
Wszystko to - pod banderolą Zaułku Wydawniczego "Pomyłka". Nad stroną graficzną zbioru pracuje Radek Wójcik. Wstępne koncepty - do wglądu. Teksty trafią do obiegu prawdopodobnie jeszcze latem i na pewno będę wtedy zapraszał do zapoznania się z publikacją.



Więcej na: http://www.zaulekpomylka.pl/Jacek_Krajl,_Pudelko_na_mleczaki,_arkusz_poetycki_w_opracowaniu_graficznym_Radka_Wojcika-ab0-4-45.html

19 maja 2011

O nowych potworach z wiedźmińskiego szlaku bajania



Bernardo Loredo, zarządca portu Szymany, po kilku głębszych temerskiego trunku zdradził mi kilka plotek dotyczących Geralta

Chodzą słuchy po wsi, panie, że wiedźmin Geralt gołymi rękami kikimorę zdusił. Ojciec wielebny mówił przy tym, że z wiedźmina żaden tam czarodziej, jeno wojak sprytny i nad królową kikimor sterty gruzu zawalił. To i zdechła. Ludzie gadają, że strzygę w jedną noc odczarował, jeszcze mniej na czarnego jak węgiel upiornego psa, barghestem zwanego, potrzebował, a wiverny nieopodal elfiego lasu chlastał tak, że chłopi skrzydła sto metrów dalej znaleźli. Taki z niego czarci syn, mówią. A gdy z wiedźmińskich pazurów ognie puszcza, panie, to i ohydny jak psia mać zeugl z kanałów mu nie straszny czy ten, no, nieumarlak graveir dla wyraźnego przykładu.

Ostatnio o Geralcie znowu nad kuflami trwa gawęda, bo na wiedźmiński szlak powrócił. Szymany odwiedził, wiochę przeciętną, utopce okoliczne i skorpiony w pień wybił, zlecenie na krabopająki – arachasami ochrzczone – bez wahania przyjął, a i nawet w rzyć trolla przerośniętego butem huknął i magią zaprawił. Ja tam w to wiary nie daję, a do ubicia pierońsko ogromniastej żagnicy przekonać się nie dam.

Ot, powiedział krasnolud pod wpływem, że Geralt dziesięć macek z osobna poharatać musiał, żeby żagnica ostatnie trujące płyny puściła. Każdy chłystek w Królestwach Północnych wie, że normalna żagnica na meduzę czy ośmiornicę to nie wygląda. Może to długowieczny głowonóg kejran był raczej, o którym głośno było, że w okolicach naszych Szyman terror sieje? A później, z nudów jakoby, poszedł wiedźmin polować na harpie, nekkery - te, co jak oślizgły goblin wyglądają, a z Jaskrem - chędożącym wszystko, co ruchliwe bardem - przekabacił sukuba z jaskini, co to wyjść do nikogo nie chciał. Grajek mu na mandolince poezyję wygrał, a gdy stwór zwabiony wypełzł - Geralt, łup, mu trzonem miecza przygrzmocił.

A na dobranoc, po mocnym Mahakańskim Dwójniaku powiadają, że wiedźmiński czort króla ognistych golemów – drauga – w kawałkach za sobą zostawił.
Na takie bajki, mój panie, to i Melitele rady nie ma. Tfu! Świętej wzywać nie będę. Choć do łba po tym kuflu mi myśl mojej matki kochanej, niech jej ziemia lekką będzie, wpadła – że w każdym bajaniu ziarno prawdy głęboko siedzi. Może i z wiedźminem rzeczy podobnie się mają i ten szlak jego od tych stworów aż ciasny?

12 maja 2011

Pan Kołtunik na poważnie poza domem


Zakołtuniło się, buchło, pękło, skrzypło. Zakołtuniło. Nieco później, w środku dnia, na kłębuszku czarnej wełny ułożyła się dłoń.

Szpula, pusta ramula i brunat, czyli *prolog*

Spiczaste palce rozwinęły nitkę, by po chwili niechlujnie nawinąć ją na wielką szpulę. Kotłunik zdjął okular, przetarł leniwie prawe oko i wyciągnął suszki z lewego. Te spadły na podłogę, na wcale sporą kupkę sproszkowanych snów. Kołtunik segregował kiedyś nocne bajania, ale ostatnio zaniedbał kolekcję. Kolacji też już sobie nie wyprawiał. Konferansjerem również nie był, więc głośno tego nie zapowiadał. Koncertów, jak ojciec puzonista, też nigdy nie dawał. Bał się publiki. Że te małe szpilki głów wyszyją mu coś niedobrego. Puzon zafałszował w bajaniach Kołtunika.
Okrągłe szkiełko po chwili było na swoim miejscu. Zaraza morska, na którą cierpiał Kołtunik znowu dała się we znaki. Brunatne ściany zbliżyły się do niego i oddaliły. Zjawisko trwało około cztery kołtuny. Gdy ściana była blisko, Pan Kołtunik skorzystał z okazji i przetarł największą ramę. Użył wyciągu z rybiego oka i, myk-myk, rękawem wypolerował ramulę. Ramula była pusta. Inne ramule również wypełniał brunat ścian statku.
Kołtunik wstał nagle, zaskakując samego siebie. Podszedł do kołtunich luster, żeby sprawdzić jak ma się fryz i surdut. Sukmana całkiem pasownie przylegała do kołtuniego ciała.

Brunat z ciebie – wypaliła dziewczęcym głosem postać z mniejszego lustra.
Jak te ściany, na podobieństwo jakby – dodał niższy głos z większego zwierciadła.
Ściany są insze niż nasz właściciel, jaśniejsze – odpowiedział mniejszy, po czym nastała zręczna cisza. Zręczna – bo żonglowała rzeczywistością i snem, przerywając siebie samą, miarowo piszcząc i buchając z kominów morskiego pudła.

Kołtunik zignorował i niezręczne zaczepki, i zręczną ciszę. Dziarskim krokiem podszedł do peryskopu.
Świat na zewnątrz podróżnego pudełka był statyczny. Niebieska płachta wody łykała w pewnym punkcie niebo. Albo niebo, pełne od słonej wody, próbowało tego dnia wypić jeszcze więcej. Kołtunik nie wiedział i wcale nie chciał wtenczas wiedzieć. Na horyzoncie pojawił się zielony punkt, który oznaczał pierwszy od lat przystanek Kołtunika. Brunatne ściany zbliżyły się i oddaliły. Kolejny atak zarazy morskiej tym razem powalił Kołtunika na ziemię. Jego biało-czerwony surdut zabrudził się suszkami snów. Nastała głucha i dobrze znana ciemność.

_______________________
opracowanie graficzne: Agnieszka Czeszun
http://mordoklejka.digart.pl/

6 kwietnia 2011

Z archiwum SDK - październik 2007, wrzesień 2008

Do poczytania, z archiwum warszawskiego SDK. Omawiający moje teksty Michał Kasprzak to (m.in. za Wikipedią) krytyk literacki, współredaktor kwartalnika literackiego "Wakat". Identyfikowany z grupą poetycką neolingwistów, jeden z sygnatariuszy Manifestu neolingwistycznego. Z kolei Jerzy Górzański to (również za Wikipedią, a jakże!) poeta, prozaik, felietonista, autor słuchowisk radiowych.

W październiku teksty omówił Jerzy Górzański:

Autor nie tyle pisze utwory na jakiś tam temat, ile próbuje znaleźć swoje centrum, swój obszar, na którym porusza się swobodnie. Może to być obszar prowincji, czy obszar Marginesu, lub też mapa, po której "podróżuje palcem". To jest punkt wyjścia -miejsce, z którego zaczynają się wędrówki, powroty, nostalgie.
Ważny jest dla autora konkret, kontakt z materią przeżyć. Tak się dzieje w utworze "Uczucia kliniczne w Wąsoczu". Zwłaszcza w "Naszej bocznicy", gdzie w zakończeniu czytamy:

pastwisko przed nami jest moim pasem startowym
chce mi się teraz latać że hej łapię w płuca powietrze
czuję jak nogi powoli odrywają się od ziemi
zaczynam płakać z podniecenia jak taki jeden muzyk
[z katalogu gitar

Ta poezja wiele obiecuje, byle tylko jej pomysłowość formalna nie przytłumiła ducha poetyckiego wędrowania, które ma zawsze więcej w sobie trampowskiego wdzięku niż pragmatycznego dążenia do celu za wszelką cenę.




We wrześniu gościmy Jacka Krajla, redaktora działu poezji w piśmie RED. Twórczość omawia Michał Kasprzak.

Nadesłane przez Jacka Krajla teksty należałoby chyba omawiać z osobna - trudno tu bowiem o uchwycenie jakichś "miejsc" wspólnych. Zwracają uwagę akcenty paramilitarne i traumy kulturowe, które choć łatwo wiązać z określonymi systemami władzy, zdają się kłaść jednak nacisk na wymiar stricte egzystencjalny i jednostkowy. Najsłabiej chyba wypada proza pt. Czerwony konik, będąca w istocie realizacją dość powierzchownego - uważam - realizmu magicznego, rozsadzonego przez trywialną symbolikę. Znacznie lepiej natomiast zapowiadają się wiersze. Pomijając nadmierną bezpośredniość wiersza Hindukusz, inkrustowanego pospolitą metaforyką, warto przyjrzeć się dwóm pozostałym próbom poetyckim.
W Insolacji (tytuł oznaczałby w tym miejscu trochę przewrotnie "napromieniowanie") poprzez całkowicie neutralny opis sytuacji z dzieciństwa (zrywanie jabłek z babcinego sadu) i spięcie jej klamrą z teraźniejszością (wycinanie prawdopodobnie uschniętej jabłoni, którą "mogłem przecież być" ja - mówi bohater) oddany został cały dramatyzm. prawdopodobnie awarii w Czarnobylu, której jedynym "dosłowniejszym" śladem w wierszu pozostają "nuklearne dmuchawce". Zdecydowanym atutem tekstu jest indywidualny filtr, przez który poeta przepuszcza historyczną traumę zbiorową, jakby hołdując niegdysiejszym postulatom Barańczaka, domagającego się, aby w poezji "wszystko sprowadzać do poziomu jednostkowego przypadku i na tym pojedynczym przykładzie sprawdzać, co się ostaje z [. ] ogólników".
Kwintesencją gier z pamięcią okazuje się tymczasem wiersz Rano, w którym powrót do "patrywania pociągów towarowych i / żołnierzy z ustami na klucz" pociąga za sobą serię kulturowych skojarzeń, strumień podświadomości zbiorowej, od której na próżno podmiot próbuje "skoczyć w pustotę", czyli wyemancypować swoją przestrzeń egzystencjalną - w końcu i tak pozostaje w kręgu natarczywej semantyki batalistycznej, choćby jako "usmolony azylant" albo nawet "żołnierz, który wypowiada sobie wojnę". Wspomnienie z dzieciństwa traci swoją realność i nie może być dalej traktowane jako własne, kiedy plan znaczeniowy wiersza przenikają kulturowe wojenne natręctwa. Te z kolei wywołują uniwersalistyczne refleksje ("odkrywam teraz / podkład człowieka, wczesny szkic"), jakby rodem przepisane z poetyki "Starych Mistrzów". Organizacja wiersza nie pozwala jednocześnie, aby ziściła się finałowa nadzieja podmiotu: "wokół mnie / wszystko, co zdołałem sobie wykraść" - takiej sfery autonomicznej nie da się już ustanowić; odtąd zawsze będzie iluzją. Zdecydowanie dobry tekst!


Hindukusz

widziałem pasmo górskie Hindukusz w środkowej części Azji (Afganistan Pakistan Indie)
i chłopca co szedł wolno nierówną asfaltówką. zatrzymał się przy umierającym drzewie
żeby wypowiedzieć szeptem kilka zaklęć i poprawić koc na nogach starca inwalidy
którego wózek wyglądał jak krzesło elektryczne. ciężarna kobieta zrodziła słońce
na szczycie Tiricz Mir zapachniało sezamem i zupą mleczną. światło odkryło obraz
wiszących nad głową foliaków z ludźmi. zapamiętałem wyraz twarzy staruszka
który spadł z siedzenia i próbował się odczołgać w stronę próżni


insolacja

Nad ranem słońce jest bohaterem
akcji serca. Jabłka z babcinego sadu, już nie smakują jak kiedyś,
gdy razem z bandą Chudzielca skakaliśmy w kosmos. I w dół,
z wiatrem nuklearnych dmuchawców. Teraz stoję nieruchomo,
by nie rozproszyć światła. Patrzę, jak wycinają drzewo,
którym mogłem przecież być. Moje usta, kawał ciszy.
Każda krawędź tnie na starość skórę.


rano

pamiętam wypatrywanie pociągów towarowych i
żołnierzy z ustami na klucz. w szybach bił świat,
w ludziach pękało szkło. odkrywam teraz
podkład człowieka, wczesny szkic. przy nocnej lampie,
blade ogrodzenie umysłu. skoczyć w pustotę i
być jak szczeniak, usmolony azylant, stracić głos
w środku wiersza beatnika, zdzierać skórę warg i palców.
być czasami żołnierzem, który wypowiada sobie wojnę.
kiedy wciągam brzuch, coraz mniej jest ciała,
długa rzecz rozciąga się w czasie. wygląda przez lustro,
jakby wściekły wąż był kręgosłupem. wokół mnie
wszystko, co zdołałem sobie wykraść.


uczucia kliniczne w Wąsoszu

w miejscowości pod Piszem gdzie często bywałem jako malec
był kościół który jak pamiętam z wiekiem wciąż się kurczył
teraz w jego miejscu stoi mała kapliczka z małym chrystusem obok stragan
można kupić obwarzanki i wszelkiego rodzaju plastikowe zbytki
kończę szczawiową babci w domu gdzie zawsze pachnie piernikami
takimi prawdziwymi bo prawdziwa jest babcia prawdziwa starość
prawdziwe drewniane okna z których świst powietrza
w cicho nastawionym radiu procol harum, ten przetarty kawałek
gdy kolejny raz słucham zdaje się odkrywać całkowicie nowe nuty
później mówią coś o problemach z elektrownią wodną pęknięte zapory
ludzie krzyczą znad Dunajca patrzę w talerz i zastanawiam się
jak to wszystko można skomentować w kilku prostych zdaniach
ale w głowie mam tylko kombinatorykę więc pytam babci na co ona
czy mam ochotę na pierniki i mleko


moje własne rio

pamiętam partię szachów rozegraną z pewnym szperaczem zaraz przy śmietniku
z napisem 'moje własne rio' kiedy wyszedłem wyrzucić plastikowe pozostałości po
przyjęciu przez siostrę cioteczną komunii w postaci Ipoda złotego zegarka i nowego HiFi
trzeba być dobrym ojcem dla kolejnych osobowości czy raczej umysłowych osobistości
w innym wypadku zgubisz się w drodze do domu którą przecież znasz na pamięć -
mówił mierząc mnie wzrokiem gdy zastanawiałem się nad pierwszym ruchem palnąłem że
jego intelektualne porno to rozbiór myśli na zdania czy nawet słowa rzucone na wiatr
z tym wiatrem można iść w parze albo próbować biegu pod prąd siląc się na oryginał
na co stary odpowiedział krótką ciszą trzymając w dłoni królową drapiąc się za uchem
po którym widziałem wyraźnie pełzał paskudny robak co ociekał żółtą mazią
słuchaj młody - pewnie zaczął szperacz - siedzę tu od lat i mimo nieświeżego oddechu
mam świeży umysł albo choćby takie przeświadczenie które trzyma mnie przy życiu
ale powiedz mi cóż z tej pięknej metafizyki w obliczu powiedzmy śmiertelnego zderzenia
z autobusem kiedy zostaje mokra plama i mięso przebite na wylot ciężkim żelastwem
przyjąłem do wiadomości ten suchy wywód który spłycał istotę życia ponad wszelki
wymiar rozumowania i wypaliłem że jego postawa to protest albo prosta szczerość
na co obecnie jest wielkie zapotrzebowanie stary zachichotał pod nosem wykonując
ostatni ruch powiedział że jego obecne zapotrzebowanie to wino i chleb


czerwony konik

- czy możesz podać mi coś, na czym ze spokojem zgaszę peta? - wydusił z siebie Cy. patrząc w okno - wszędzie potrafię tylko bałaganić a najlepiej we własnym mieszkaniu - dodał wesołą chrypą
Kapryśne słońce, raz po raz rozświetlało pomieszczenie, dodając nowych detali. W kącie stojak z połamanym parasolem. Kształty zmyślnych świec, ułożonych w wojskowy szereg. Na stole popielniczka. Przypominała prastare naczynie, mały talerzyk wygrzebany z ziemi.
- proszę, oto naczynie twojej dzisiejszej rozpusty - podałem starcowi.
Cy. przez chwilę stał bez ruchu. Poczułem się, jakbym pozował do zdjęcia. Wreszcie drgnął w nim jakiegoś rodzaju impuls i odwrócił się w moją stronę.
- muszę ci coś pokazać przyjacielu - powiedział z miłym, acz podejrzanym uśmiechem
Lubiłem Cy. Czy może raczej: przywykłem do jego zachowań, adoptowałem każdy drobiazg z jego mieszkania. Pierwszy raz trafiliśmy na siebie w Bibliotece Wyzwoleńców, w okresie końca Wojny eN. Właściwie nic już nie pamiętam z pierwszej rozmowy, ale Cy. zawsze powtarza, że rzucałem tylko slogany. Zapatrzony w siebie gówniarz, cwaniak i hipokryta, to dobry materiał na rewolucjonistę. Powiedział, że tak o mnie myślał. Teraz mówi, że z drewna wystrugał rzeźbę rewolty. Więcej w tym słów niż sensu, ale zawsze przytakuję i dziękuję Cy. za nadanie kształtu.
- no co tak stoisz? - rzucił Cy - idziesz, czy nie?!
- już idę, idę, bez nerwów...
Weszliśmy do pracowni. Na ścianie naprzeciw drzwi wisiała plazma. Cy. podszedł do ekranu i zaczął majstrować coś przy kablach.
- Chodź tu młody, pomożesz mi... - wypluł z trudem Cy, podnosząc jakąś czarną skrzynkę.
Ustawienie wszystkiego zajęło jeszcze dobry kwadrans. Kiedy skończyliśmy - po twarzy Cy. spływały czerwone plamy, uśmiech bezapelacyjnie kwalifikował do czubków.

- a teraz patrz! - wypalił wreszcie starzec, wskazując na zaśnieżony ekran
Staliśmy w odległości 2 metrów od plazmy, nie widziałem nic poza telewizyjnym śniegiem. Cy. spojrzał na zegarek, później na mnie, by po chwili znowu wlepić oczy w ekran. Zauważyłem na środku czerwoną plamkę i od razu powiedziałem o tym starcowi, na co on odparł donośnym 'spróbuj to wziąć na palec!'. Nowa sytuacja, zakłopotanie. Podszedłem do ekranu i bez przekonania wyciągnąłem palec wskazujący. Gdy odwróciłem się do Cy. z grymasem na twarzy - ponaglił mnie skinieniem głowy. Zaraz potem na palcu miałem czerwonego konika. Zwierzę wielkości połówki zapałki galopowało wzdłuż mojej ręki.

- Cy., co to jest do cholery, jakaś halucynacja? urojenie?
- ależ skąd - powiedział starzec - koń jest prawdziwy

Wybiegłem z pracowni, prosto do wyjścia. Słyszałem za plecami krzyk starca - ' musisz wierzyć, musisz wierzyć!'. Gdy otworzyłem nerwowo drzwi, zaskoczył mnie mrok klatki schodowej. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że za drzwiami nic nie ma. Próżnia. Pustka również z drugiej strony, gdzie przed chwilą było mieszkanie, pracownia, szalony Cy. i refleksy słońca. Zostałem już tylko ja, w progu drzwi zawieszonych w próżni. Tylko ja i czerwony konik, którego wciąż miałem na palcu.

30 marca 2011

Woda & Wiedźmin

Co reklamują roznegliżowane panie i panowie postury Tarzana w sceneriach nieskazitelnej natury? Drogą, często gorszą od kranówki, przyczyniającą się do niszczenia środowiska… wodę butelkowaną. Zapraszam do lektury tekstu 5 x „NIE” dla butelkowanej wody na stronie Ulicy Ekologicznej:

http://ulicaekologiczna.pl/zdrowe-jedzenie-odzywianie/5-powodow-dla-ktorych-nie-powinnismy-pic-butelkowanej-wody/

A o tym, ile zostało do Euro, a ile do premiery Wiedźmina, m.in.:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80276,9336986,Polacy_nie_gesi__Wiedzmina_maja_.html

23 marca 2011

Godzina dla Ziemi & Obsesja Słowa & Ulica Ekologiczna - czyli reklam czas

Twórca Spincara, dr inż. Bogdan Kuberacki, podziękował mi w liście za tekst o jego projekcie. Napisał m.in., że sposób w jaki Pan opisał nasze przedsięwzięcie jest przesycony ciepłem i sympatią do tego projektu. Czytałem Pana tekst kilkakrotnie i zawsze z niesłabnącą przyjemnością. W świetnie wyważonych słowach zawarł Pan to, co kryje się pod warstwą czystej techniki i funkcjonalności SpinCar-a. Jestem za to bardzo wdzięczny. (...) Życzę wszystkiego dobrego i stałego rozwoju Ulicy Ekologicznej.

Skąd moja sympatia związana z tym projektem? - głównie z zaangażowania pana Bogdana Kuberackiego w swój pomysł, co bardzo mi imponuje. Przepisem na sukces każdego wynalazcy nie jest sucha myśl - ale raczej sposób dążenia do jej realizacji. Za konsekwencję i ideę panu Kuberackiemu raz jeszcze gratuluję!

Na Ulicę Ekologiczną zapraszam ponownie, tym razem do tekstu o Godzinie dla Ziemi - czyli szansie na to, żeby dać światu złapać oddech:

http://ulicaekologiczna.pl/zdrowy-styl-zycia/godzina-dla-ziemi-2011-dajmy-swiatu-zlapac-oddech/



A na deser - moja recenzja nowej PJ dostępna w serwisie Obsesja Słowa:

http://www.obsesjaslowa.pl/o/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=44&Itemid=93

Obsesje i słowa z nią związane należą do Ewy. Ewę pozdrawiam. Pani redaktor Ewo! Mechanizm pozdrawia!

21 marca 2011

Zmierz puls TVN-u

Między innymi "Puls Biznesu" podaje ciekawą informację:

Rekordowa gaża Szymona Majewskiego

Za reklamę banku PKO BP Szymon Majewski, jeśli się sprawdzi, otrzyma 3,32 mln zł. Początkowo zarząd PKO BP zgodził się na gażę 1,7 mln zł, a następnie podwoił ją Zbigniew Jagiełło, prezes banku. Jednak, jak zastrzega rzeczniczka banku Elżbieta Anders, ostateczna decyzja dotycząca zaangażowania gwiazdy TVN do reklamowania banku w przyszłym roku zależeć będzie od wyników obecnej kampanii.


Obecnie próbuję zarobić na rachunek za internet. Obliczyłem, że hipotetyczna gaża Majewskiego może pokryć ok. 66 400 takich rachunków, co daje tyle właśnie miesięcy nadpłaty za internet. 5500 lat (przed aktem hojności p. Jagiełły było tylko 2750 latek) korzystania z netu, nieziemskie transfery i jeszcze więcej informacji o PKO i Majewskim! Kiedyś śpiewano o Andzi-gandzi, od dziś śpiewam tylko: Gaża, gaża, gaża, Majewskiego gaża... i tak 3,32 mln razy. Oczywiście z TVN-em w tle.

biegnik i cykl Samsara



biegnik

tego dnia nie zmieściłeś się
w mieszkaniu własnościowym
ty kontra drzwiczki później
ledwo wyjąłeś głowę z ciasnej futryny
udało się zabrać walizeczkę
i niewielkich rozmiarów surducik
pamiątki znalazły miejsce w kieszeni

minęła połówka życia

na dworcu po godzinach
prasowałeś żelazeczkiem
dwuwarstwowy płaszczyk
tym razem poszło ci źle
z kołnierzykiem

przed katedrą i lasem krzyżyków
kolana pękły ci jak dwie szklaneczki
z małej walizki wypadła fotografia
przedstawiająca pyzatą twarz chłopczyka

przez mgłę widziałeś
jak zdjęcie wylatuje ci z rąk
i ląduje wśród blaszanych szyldzików
reklamujących wielkość

______________________________
autorka genialnej grafiki z cyklu Samsara:
http://mordoklejka.digart.pl/

17 marca 2011

drewno, kamień

rybak na drewnianym molo
ukradł chrypę Toma Waitsa
na niebie falują węgorze
po porannej burzy
grzeję stopy w ognisku słońca
zakopany w trawie
piję powietrze przez żółtą słomkę
w plecy wbija się kamień
kamień który wypadł z serca
wszystko składa się z linii prostych
nawet załamanie horyzontu
w miejscu gdzie zaczyna się las
i kończy się człowiek
kiedyś byłem na froncie
w środku wojny samochodów
z pokiereszowanych ulic
centrum humanopolis
teraz zastanawiam się tylko
kiedy moje drzewo
puści ostatnie korzenie

Mały książę wśród aut


Jest mały, zwrotny i okrągły. Na dodatek obce mu są tradycyjne rozwiązania stosowane w czterokątnych pojazdach. Czas na rewolucję i wygodę w jednym.

O małym księciu wśród aut przeczytacie na http://ulicaekologiczna.pl/technologie/spincar-maly-ksiaze-wsrod-aut/

czytajcie, komentujcie, oceniajcie,
zapraszam!

15 marca 2011

A Brytania na strunach zadrżała...

Chłód XIX-wiecznego lokalnego kościółka na szczycie klifu w hrabstwie Dorset. I widok na bazę RAF Lyneham, gdzie brytyjscy żołnierze wracają z Afganistanu i Iraku w czarnych workach. Polly Jean Harvey właśnie w takich okolicznościach znalazła natchnienie do nagrania „Let England Shake”.

Tym razem wokalistka o stu muzycznych twarzach zrzuciła introwertyczną skorupę, by wyśpiewać z siebie Anglię. I Brytania rzeczywiście zadrżała w poszukiwaniu społecznej tożsamości. W otwierającym płytę utworze Harvey przyjmuje rolę psychodelicznej kasandry, która wysokim głosem uświadamia, że „spadają ciężkie kamienie". Katastrof i wojennych ścieżek angielskich żołnierzy wydepczemy na płycie bardzo dużo. Idee fatalistyczne ustąpią nostalgii i patriotyzmowi w kawałku o „ostatniej żywej róży". Wokalistka tworzy portret królowej wśród kwiatów, w domyśle Anglii, i próbuje wskrzesić ducha swojej ojczyzny: „Przeklęci Europejczycy!/ Zabierzcie mnie z powrotem do pięknej Anglii”.
Z ironicznego pytania „Co jest chlubnym owocem naszej ziemi?" powstaje zabawa w szkołę. W „The Glourius Land" artystka infantylnie, wyraźnie przedrzeźnia pełnymi zdaniami: „Jej owocem są dzieci oszpecone/ jej owocem są dzieci osierocone". Bezradność sięga jednak zenitu dopiero w groźbie z „The Words That Maketh Murder” – „A co gdybym poszła z moim problemem do Narodów Zjednoczonych?”.
Gdy artystce kończą się pytania o angielskość – zaczynają się miłosne wyznania. W tle utworu
„England" słyszymy kurdyjską płaczliwą pieśń miłosną, a Harvey „Z nieposkromioną i nigdy nie słabnącą miłością" z poświęceniem lgnie do kraju.
Na „Let England Shake” zdarza się, że folk ma bebechy na wierzchu, a charyzmatyczna wokalistka wraca do czasów młodości, grając na saksofonie i śpiewając bardzo wysoko.
Paramilitarne akcenty ustępują wątpliwościom, dziecięcym gaworzeniom i rozgoryczonym falsetom. Teksty to przekrój przez twórczość T.S. Eliota i Harolda Pintera, aż po dzieła artystów ludowych, do czego PJ przyznała się jeszcze przed nagraniami.
Pierwszy kontakt z płytą tworzy wizję wokalistki jako zaangażowanej agitatorki. Z czasem można jednak dojść do wniosku, że Harvey jest po prostu czujną obserwatorką, której pointy uderzają celnie i bezlitośnie. Może Polly Jean, dziewczyna z prowincji, wcale nie jest bojowo nastawiona, a jedynie odpowiada na ciosy zadane jej przez współczesność? Jej nowy krążek daje nam jedynie poszlaki. Ale to wystarczy, żeby razem ze strunami drżał cały świat.

7 marca 2011

Człowiek, który zmieniał trykoty, żeby nie mieć problemów

Ludzie mówili, że trzymam się od siebie z daleka.
Że to podejrzane. Zacząłem trenować. By strzelić gola
na okręgowym poziomie rozgrywek.
W żółtej koszulce drużyny Orkanu było mi dobrze.
Grałem na pozycji pomocnika. Prawego albo lewego.
Polegałem na decyzjach trenera. W deszczową sobotę -
stało się. Dostałem dobrą piłkę, ruszyłem skrzydłem.
Gdy mój przyjaciel czekał na podanie - strzeliłem,
w krótkim rogu nie było bramkarza. Był wiersz.
Pięćdziesiąt tysięcy kibiców z mojej wyobraźni
zdarło gardła. Pięćdziesiąt razy powtórzono to w telewizji.
Pięćdziesiąt lat później, na Francuskiej w Warszawie
czekolada była za słodka. Zapytano mnie
o szczegóły tej bramki, bo przecież jestem tylko poetą.
Żeby nie mieć problemów - powiedziałem - założyłem
żółtą koszulkę. Teraz, gdy patrzycie na mnie,
mam na sobie trykot poety. Z tego samego powodu.